Wachtowy na gigancie 4/12 #hubfoto

Wachtowy na gigancie 4/12 #hubfoto

– Grzesiek, gdzie jesteś, Wstawajcie nie ma go – głośny krzyk Gośki zerwał nas na nogi. Zerwałem się i dosłownie w ciągu kilku sekund znalazłem na pokładzie. Szybko rzuciłem okiem na żagle. Łódka dobrze trzymała się kursu i jak po sznurku leciała przed siebie. Problem polegał na tym, że na pokładzie nie było sternika.

Chwilę po mnie wyleciała reszta załogi. Wszyscy w dresach, szortach, koszulkach Wy-rwani z głębokiego snu. Szybka decyzja.
– Zrzucamy żagle i robimy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni – krzyknąłem głośno – Rafał łap za fały. Tomek leć przygotować silnik. A ty Gośka ubierz się ciepło i goń na dziób. Czy ktoś wie, w co był ubrany Grzesiek.
Chwilę później jacht siłą inercji, bo żagle już nie ciągnęły obrócił się dookoła siebie. Włączyliśmy silnik i ponownie uruchomiłem autopilota. Wracaliśmy kursem, którym płynęliśmy. To jedyne rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy. Szybko przeanalizowałem trasę na ploterze. Nic. Jacht całą noc od momentu, jak ustawiłem go wieczorem leciał prosto przed siebie. Nie wiem tylko dlaczego, jak zobaczyłem tą prostą linię, skojarzyłem ją z linią z EKG. Szybko wyrzuciłem tę myśl z głowy. Z obliczeń wyszło, że w nocy zrobiliśmy jakieś 40 mil morskich. Radar też nie pokazywał żadnych jednostek w okolicy. Z jednej strony dobrze, bo przy zderzeniu z dużym, handlowym statkiem na pełnym morzu nasza łupinka nie miałaby żadnych szans.
– Dobra słuchajcie. Na szybko musimy ustalić parę spraw. Kogo zmienił Grzesiek. – za-pytałem załogę rozglądając się jednocześnie przed kokpitem. Szukałem czegoś nietypowego. Nic. Wszystko na swoim miejscu. Nawet jakby tak bardziej czysto niż wieczorem.
– Mnie – zawołał Tomek – Około czwartej nad ranem. Zaskoczyło mnie, bo pojawił się przed czasem z kawą w ręku a przecież wiecie, że zawsze ciężko było wyciągnąć go z koi. Ale wszystko było jak zawsze. Jacht leciał jak po sznurku. Stabilny wiatr, zgodny z pogodą, którą jeszcze razem oglądaliśmy wieczorem. Było bardzo ciepło. Szybko przekazałem mu dane dotyczące kursu. Dookoła nic nie pływało. Radar też świecił pustkami. Pogoda bez zmian. Zajęło nam to kilka minut. Grzesiek sam mnie z resztą pogonił do koi. Kazał się wyspać. Nic nowego. Posłuchałem go i od razu wylądowałem pod kocem. Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem.
Gosia zaczęła cicho płakać. Widziałem, że całej załodze udziela się zdenerwowanie. Sam z resztą też nie czułem się dobrze w tej sytuacji. Grzesiek był jedynym singlem w tym rejsie. Wszyscy go znaliśmy od lat. Lubił żartować, ale nigdy nie robił głupich numerów. Z resztą nie wiem, czy zniknięcie załoganta na środku Bałtyku można nazwać głupim numerem. Raczej stało się coś niedobrego.
Nagle uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem najważniejszego. Nie wezwałem pomocy. Od odkrycia minęło dopiero kilkanaście minut, ale przecież każda minuta ma znaczenie. Szybko zbiegłem pod pokład i na kanale wywoławczym wezwałem pomoc. Zgłosiłem zaginięcie załoganta. Podałem swój kurs poprzedni i obecny. Miejsce startu oraz godzinę stwierdzenia braku członka załogi i czas zwrotu na kurs powrotny.
Dowiedziałem się, że w okolicy nie ma żadnych jednostek ale za chwilę SAR wyśle śmigłowiec poszukiwawczy i statek ratowniczy. Dotarcie zajmie im jednak kilkadziesiąt minut.
W głowie miałem coraz większy mętlik. Co się mogło stać. W przypływie desperacji kazałem załodze sprawdzić wszystkie schowki na jachcie. Policzyć sprzęt asekuracyjny i ratowniczy. Sam przejrzałem kajutę Grześka. Niezmienny bałagan. Nic nowego i nic, co wskazywałoby na jakieś abstrakcyjne decyzje. Wszystko było na swoim miejscu zarówno w jego kabinie jak i na całym jachcie.
Minuty dłużyły się nam niemiłosiernie. Każdy próbował się czymś zajmować, ale nikt nie chciał rozmawiać. Do mnie docierało jedynie coraz mocniej, że jako kapitan w pełni odpowiadam za ten wypadek. To jednak nie miało znaczenia. Ważniejsze było, aby Grzesiek się odnalazł.
Dyżurny z centrali SAR w Gdyni przez radio poinformował nas, że śmigłowiec z powodu technicznych problemów nie wystartuje z Darłowa. Podnoszona jest maszyna z Gdyni ale to opóźni poszukiwania. Dwa statki ratownicze będą za dwie godziny.
Liczę czas. Woda ma 19 stopni. Jest ciepło. Jeśli Grzesiek żyje ma szansę. Jeśli żyje…
Nerwowo sprawdzam radar. Jak na złość w okolicy nie ma żadnych statków. Żadnych jachtów. Nagle przepełniony Bałtyk zamienił się w pustynię. Niemożliwe.
Kilkadziesiąt minut później odzywa się pierwsza z ratowniczych jednostek. Przekazuję te same informacje, które wcześniej trafiły do centrali. Rozpoczynają swoją procedurę poszukiwawczą, a nam każą płynąć cały czas kursem powrotnym. Chwilę później odzywa się kolejny ratownik. Rozpoczyna poszukiwania w innym sektorze.
Na jachcie cisza. Nikt nie jest głodny, nikomu nie chce się pić. Wszyscy siedzą na pokładzie i wypatrują nie wiadomo czego przed dziobem.
Ciszę przerywa odgłos zbliżającego się śmigłowca. Na radio słyszę tylko jak pilot komunikuje się z ratownikami i rozpoczyna lot po coraz większym okręgu. Rozpoczyna swoje poszukiwania.
Chyba najgorsze jest to, że niewiele możemy zrobić. Silnik cicho mruczy pod pokładem. Sam jest chyba zadziwiony tym, że tak długo musi pracować. Żagle leniwie pozwijane. Morze jak stół i pełne słońce na niebieskim niebie. Idealny czas na żeglowanie. Niestety nie dla nas.
Minuty zamieniają się w godziny. Śmigłowiec już dawno odleciał, bo kończyło się paliwo. Po tankowaniu ma wrócić. Ratownicy kręcą się dookoła. Co jakiś czas pojawiają się tylko uzupełniające pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że Grześka nie ma z nami już od ponad 10 godzin.
-Coś Ty idioto wymyślił – mruczę pod nosem i złoszczę się sam na siebie, że nie zauważyłem problemów wcześniej. Po chwili jednak uznałem, że to bez sensu. Nie mogę siedzieć w jego głowie.
Moje przemyślenia przerywa załoga, która cała pojawiła się w kokpicie. Gośka ma dla mnie kanapkę i herbatę, ale nie wiem czy dam radę cokolwiek przełknąć. Choć racjonalnie wiem, że muszę coś zjeść. Nie wiadomo jak długo potrwają jeszcze poszukiwania.
– Jaki mamy plan. Co będzie później – pytania wyrywają mnie kolejnych myśli.
– Na razie szukamy, więc proszę miejcie oczy otwarte. O zakończeniu, albo przerwaniu akcji zadecydują ratownicy. Więc do tego czasu szukamy razem z nimi. A jak zakończą się poszukiwania to musimy wrócić do portu. Będzie masa pytań, przesłuchań. Musicie uzbroić się w cierpliwość – dodałem.
Chciałem wypowiedzieć kolejne słowo, ale zagłuszył je wybuch czerwonej racy ratowniczej, która wystrzeliła w niebo daleko przed nami.
Natychmiast skręciłem jachtem w tym kierunku i dołożyłem gazu na silniku tak, że o mało nie wyskoczył z łoża. Po chwili na radio wywołali mnie ratownicy z jednej z poszukiwawczych jednostek, którzy również płynęli już w kierunku wystrzelonej racy i nakazali mi to samo.
Silnik wył jak szalony. Wszyscy staliśmy na pokładzie i aż do bólu oczy wpatrywaliśmy się w miejsce skąd wystrzelono race. Mimo, że lecieliśmy jak na skrzydłach, czas ciągnął się niemiłosiernie.
I nagle w radio odzywa się głos ratownika, który będę pamiętał do końca swoich dni.
– Mamy waszego załoganta. Cały i zdrowy choć mocno wyziębiony i wystraszony. Lecimy z nim do portu. Proszę również skierować się do tego miejsca. Czekamy na miejscu. Służby już powiadomione. Racę wystrzelili ratownicy po odnalezieniu załoganta.
Okrzyk radości wypełnił wszystkie pomieszczenia na jachcie. Skakaliśmy sobie do ramion. Ściskaliśmy się.
Zwolniłem trochę obroty, aby nie przegrzać silnika ale i tak lecieliśmy jak na skrzydłach do portu. Nic więcej nie miało już znaczenia. Grzesiek żyje i jest cały mimo, że wyziębiony i pewnie osłabiony. Jest silny i wytrwały. Po paru dniach na pewno wyjdzie ze szpitala.
Chłopaki chcieli z radości otworzyć butelkę rumu, ale zakazałem. Na pewno już w porcie policja będzie badać naszą trzeźwość. Pytań i kontroli nie unikniemy.
Dotarliśmy na miejsce trzy godziny później. Zmęczeni, ale zadowoleni, że historia zakończyła się dobrze.
Na nabrzeżu faktycznie czekali na nas policjanci, ratownicy i bosman portu. Zdziwiły mnie pierwsze słowa ratownika, który na przywitanie powiedział.
– Przypadek rozpoczął i przypadek zakończył tą przygodę – usłyszałem podczas cumowania.
Kolejne słowa usłyszałem już od bosmana portu.
– Wasz kolega ma więcej szczęścia niż rozumu. W trakcie wachty wpadł na idiotyczny pomysł wyskakiwania za burtę z przewiązaną liną. Ratowniczy na ciele zawiązał książkowo, ale nie sprawdził jak lina przymocowana jest do knagi na pokładzie. Lina po prostu się rozwiązała a jacht z wami śpiącymi popłynął dalej na samosterze. Ponad dwie godziny płynęliście bez sternika. Dobrze, że nie trafiliście w żaden inny statek. A ratownicy też trafili na niego przypadkiem, kiedy na chwilę zatrzymali jednostkę i ta w dryfie obróciła się. Wtedy sternik zobaczył w wodzie jakiś ruch. Dobrze, że załogant był ciepło ubrany i miał wypornościową kurtkę żeglarską. Teraz niech pan przygotuje dokumenty swoje i jachtu. Musimy spisać protokół.
Policjanci na szczęście odpuścili nam kontroli ale złośliwie komentowali, że kolega powinien dostać dożywotni zakaz żeglowania.
Rozmowa z Grześkiem dopiero przede mną. Ale przez myśl przeszło mi, że policjanci ma-ją rację. Teraz niech szybko skończy się kontrola i w koję. Ciało w końcu odpuściło i też zaczęło domagać się snu.

Leave a Reply