Sztormowo 5/12 #hubfoto

Sztormowo 5/12 #hubfoto

Czwarta rano to najlepsza godzina do wyjścia na łowisko. Tak twierdzi szyper, który niezależnie od pogody dokładnie o tej porze goni nas w morze.

Nienawidzę tej pory. To czas, kiedy powinienem przekładać się na drugi bok w ciepłym łóżku. Maszyna musi być jednak gotowa, silnik zagrzany a hydraulika sprawdzona. To, co niesprawdzone w porcie, zawsze psuje się w morzu. Więc chcąc nie chcąc na pokładzie pojawiam się jako pierwszy chwilę przed trzecią.
Najpierw kawa. Mocna, czarna. Bez cukru i mleka. Umarłego ma podnieść. I tak też się dzieje. Nakręcony kofeiną schodzę do swojego królestwa, maszynowni zwanej przez resztę załogi jaskinią. W środku jest ciepło i jasno. Jarzeniowe światło kłuje w oczy. Zapach oleju i smarów jest tak intensywny, że można go zlizywać z ust. Lubię ten zapach.
Najpierw oleje w silniku i agregacie. Serce statku nie może nas zawieść na morzu. Przy okazji sprawdzam pompę paliwową bo ostatnio coś spod niej ciekło. Jest sucho. To dobry znak. Odkręcam kingstony doprowadzające wodę zza burty do chłodzenia silnika i chwilę później kontrolnie odpalam agregat. Startuje za pierwszym razem. Głośno mruczy, co powoduje, że przypominam sobie o nausznikach. Gaszę agregat i odpalam główny silnik. Nie będę go już jednak wyłączał. Do wyjścia zostało jakieś 40 minut. To idealny czas aby się rozgrzał. Prądnica podaje napięcie. Więc odłączam się od lądu. Na chwilę robi się w maszynie ciemno. To tylko ułamek sekundy. Po chwili wraca jasność zasilana już z silnika. Zegary wody i oleju wskazują prawidłowe stany. Zostaje tylko sprawdzenie hydrauliki i pomp zęzowych.
Kiedy wychodzę na pokład pojawia się reszta załogi i szyper. Będziemy w morzu trzy dni więc do magazynku wjeżdża kilka kartonów z jedzeniem i wodą. Lodówkę zapełniliśmy już wcześniej. Witam się z chłopakami i wracam do „jaskini”, gdzie zostało tylko ułożenie narzędzi. Nauczka z dawnych lat, kiedy luźny klucz uszkodził paski klinowe pompy wody i o mało nie uszkodził silnika. Wolę tego manewru nie powtarzać.
Dziesięć minut przed czwartą wchodzę do starówki.
– Jaskinia gotowa, możemy lecieć. – mówię z uśmiechem. Rzucam jeszcze okiem na zegary w sterówce. Wszystko w porządku.
– Dobra, to lecimy – słyszę od starego, który z kawą rozsiadł się właśnie w fotelu przy kole sterowym. – Powiedz chłopakom niech idą na pokład. Zrzucamy sznurki i lecimy. Szkoda czasu. Tym bardziej, że mamy tylko trzy dni pogody a później idzie jakiś „jubel” z północy.
Słowo jubel nigdy nie brzmiało dobrze w ustach starego. To po prostu paskudny sztorm, który przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie. Na razie jednak czeka nas 10 godzin przelotu na łowisko. Odpowiednia ilość czasu, aby się wyspać i przygotować do połowu.
Odcumowanie, główki portu za plecami. Zwinięte cumy. Jeszcze ostatnie spojrzenie na zegary i kładę się w koję. Moja zmiana za sterem dopiero za 5 godzin.
– Dawaj twoja kolej za sterem – kolega obudził mnie szarpnięciem za ramię. Minęło pięć godzin, a czuję się jakbym przed chwilą wlazł do koi. Szybko wskakuję w dresy i lecę za ster. Na szczęście chłopaki to fajna paczka i w uchwycie czeka na mnie już gotowa mocna, czarna kawa. Słońce wysoko nad horyzontem. Patrzę na zegary. Ploter pokazuje do łowiska jeszcze 4 godziny. Dookoła pusto. Radar pokazuje tylko jedną jednostkę daleko przed nami. Oczywiście prowadzi autopilot. Zostaje wygodnie usiąść w fotelu i pilnować drogi.
Godzinę przed łowiskiem robię wszystkim kawę i budzę po kolei. Pierwszy pojawia się szyper. Każe się nam szykować na łososia. Wcinamy kanapki, szybko dopijamy kawę i wychodzimy na pokład. Jest październik i mimo, że słońce jeszcze jest na niebie, to już nie grzeje. Pod sztormiakiem grube warstwy bluz i dresów.
Chłopaki szykują worki z siatkami, jak zająłem się bojkami. Sprawdzam baterie w lampkach. Łatwiej będzie je namierzyć w nocy. Czuć, że zmienia się pogoda. Chmury są coraz niżej. Morze coraz bardziej pomarszczone. Jak będzie więcej wiatru, to może być problem z zbieraniem pławnic.
Na łowisko docieramy po szesnastej. Od razu, z marszu, do wody idzie dwadzieścia worków z pławnicami przeznaczonymi na połowy łososi. Tutaj ważne jest, aby siatka przy wydawaniu się nie zawinęła, bo nie będzie łowić. Kończymy dwie godziny później i od razu lecimy na łowisko dorszowe. To godzina drogi. Nie opłaca się przebierać. Szybko szykujemy nowe siatki i bojki. Drzemiemy na pokładzie ułożeni na worach.
– Możemy wydawać – krzyczy przez okno stary i siatki lecą do wody. Z powodu zbliżającego się sztormu wydamy ich trochę mniej.
Wydawanie dorszówek to kolejne dwie godziny. Nie ma jednak odpoczynku. Ostatnia bojka w wodzie i znowu wracamy do pławnic łososiowych. O dwudziestej pierwszej podbieramy pierwszą bojkę. Szyper wkurzony, że nie działa lampka. To dziwne, bo przy wydawaniu działała. No ale na morzu wszystko jest możliwe.
A te już się rozkołysało. Fale łamią się tworząc białe grzywy. To nie ułatwia pracy. Jeden układa siatkę do worka. Ja stoję przy manetkach wyciągarki a trzeci z nas czeka z kasiorkiem gdyby łosoś chciał się przy wyciąganiu zerwać. To za bardzo cenna ryba, aby pozwolić sobie na takie straty.
– Jest ogon, błyszczy się w wodzie, ale duży – krzyczy kolega. Faktycznie od świateł z pokładu grzbiet łososia mieni się w wodzie i skrzy. Zwalniam wyciągarkę i pilnuję, aby ryba podeszła jak najbliżej. Szybkim ruchem wyciągam na pokład i rozplątuję z siatek. Łosoś trafia od razu do rynienki gdzie wycinamy flaki i czyścimy z krwi. Czysty trafia do wanny z morską wodą.
– Kolejny w wodzie, nie bawcie się tak, szkoda czasu – krzyczy z okna stary.
Wyciąganie pławnic zajmuje nam łącznie 5 godzin. Wyłowiliśmy siedemdziesiąt trzy sztuki łososia. Nieźle, jak na jedną wybiórkę. Nie ma jednak czasu na zabawy. Sklarowane siatki łososiowe wracają do wody. Łowisko jest dobre, nie ma co go opuszczać.
Dwie godziny później znowu leżymy na worach a szyper goni kuter z łowiska łososiowego na dorszowe. To dosłownie wyścigi. Szybko w biegu jemy zagotowaną w garze chińską zupkę. Wrzuciliśmy chyba z dziesięć opakowań. Na nic innego nie ma czasu. Później patroszymy łososie. Na koniec mocna kawa i już widać pierwsze bojki dorszowe. Tutaj praca jest trochę inna. Dorsze w siatce lądują na specjalnej rynnie ustawionej za wyciągarką. Wyplątujemy je z siatek i wrzucamy do skrzynek. Patroszone będą później.
Pogoda nieustająco się pogarsza. Kuter stojąc bokiem do fali buja się tak, że przez burty, co jakiś czas wlewa się woda. Dla nas to normalka, ale z niepokojem myślę o pławnicach. Im takie fale tylko szkodzą.
Szyper jakby czytał mi w myślach, bo chwilę później pogania nas przy robocie i krzyczy.
Przyspieszam wyciągarkę, ale za chwilę ją zwalniam. Dorsza jest dużo i nie nadążamy z jego wybieraniem. Zmęczenie powoli daje się we znaki. Na niebie już powoli robi się szaro, a my ponad dobę przy sprzęcie. W przelocie między bojkami zjadamy szybko kawałek chleba z mięsem. Wszystko na zimno. Dobrze, że stary zrobił nam kawę. Do dziesiątej wybieramy dorszówki i znowu gonimy na łowisko łososiowe. Dobra wiadomość jest taka, że po zebraniu pławnic wracamy do portu.
– Wiatr przyjdzie wcześniej niż zapowiadano. Te cholerne pogody – krzyczy szyper i dokłada obrotów na silniku. Słyszę, jak nasze mechaniczne serce wyje. Wiem, że nic mu nie będzie, choć pracuje już ponad pięćdziesiąt godzin bez przerwy.
Z prognoz wynika, że wieje już bita szóstka w skali Beauforta. Robi się coraz mniej ciekawie. Prognozy mówią o dziewięciu w skali Beauforta na kolejne dwanaście godzin. Zmęczeni przykładamy się jednak do roboty, aby jak najszybciej zebrać łososiówki. Praca przy sztormowej pogodzie nic nam dobrego nie da. W przelocie patroszymy dorsze i układamy je w ładowni obok łososia. Wszystko obsypujemy grupą warstwą lodu. Nie można pozwolić, aby ryba się zepsuła.
Trzy godziny później ostatnia pławnica ląduje w worku a wypatroszony i zalodowany łosoś w ładowni. Zostało nam jednak jeszcze kilkanaście worków dorszowych siatek. Czekają na nas ładnych dziesięć mil na zachód od naszej pozycji. Nie czekamy nawet minuty. Lecimy na łowisko. Czuję na sobie ciężar sztormiaka, którego nie ściągam od kilkudziesięciu godzin. Aby się zagrzać, na zmianę kładziemy się na podłodze w maszynowni. Oszukujemy trochę alkoholem, choć to złudne. Fale są już tak duże, że uderzając w kadłub z boku kładą nas nawet trzydzieści stopni na burcie. Musimy zapierać się nogami i rękoma, aby nie wywrócić się lub o coś uderzyć.
Nawet nie wiem, kiedy przy burcie pojawia się pierwsza dorszowa bojka. Jak w amoku wrzucam ją na pokład a siatkę puszczam na wyciągarkę. Czuję się jak robot. Mechanicznie pilnuję prędkości wyciąganej sieci. Jak przez mgłę widzę ryby wpadające na rynnę i wybierane przez chłopaków. Nie bawimy się już w równe układanie siatek w workach. Nie ma czasu. Nad głową dudni wiatr i huczy woda. Co jakiś czas wielka fala wpada na pokład i rozwala poukładane skrzynie. Walczymy tak ponad trzy godziny zbierając z siatek prawie tonę dorszy. Kiedy tylko ostatnia bojka trafia w stojak czuję, jak kuter obraca się, a stary dokłada mocy na silniku. To jasny sygnał, że lecimy już do portu. Do domu.
Dla nas to jednak nie koniec. Mimo, że drętwieją mi dłonie i mdleją ramiona patroszę ryby. Robimy to we dwoje. Trzeci z nas płucze je i układa w skrzynkach. Kiedy już wszystkie ryby są poukładane czeka nas najgorszy moment roboty. Trzeba te skrzynie wrzucić do ładowni, równo poukładać i dokładnie zasypać lodem. To niebezpieczne, bo już nie raz źle poukładane skrzynie przywaliły rybaka pracującego w ładowni. Poza tym, źle ułożony ładunek powoduje, że kuter może mocniej przechylać się na jedną ze stron. A to już tylko krok do wywrotki.
Schodzę do ładowni, zapieram się nogami o górę lodu i powoli przyjmuję każdą ze skrzynek. Mimo, że nie mam już w dłoniach sił każde dwadzieścia pięć kilo rzucam jak piłkę na swoje miejsce. Potem wrzucam kilka szufli lodu. Układanie tego połowu zajmuje ponad godzinę. W między czasie widzę, że stary nie włączył pompy wody w ładowni i jest jej coraz więcej na dnie. Trzeba ją zaraz uruchomić, aby ryba się nie zepsuła.
Koniec. Ostatnia skrzynka w ładowni. Zasunięta klapa. Jeszcze tylko szybki porządek na pokładzie i widzę jak chłopaki znikają w mesie. Ja jeszcze muszę odpompować wodę i chociaż rzucić okiem na maszynownię. Silnik pracuje już trzy doby bez przerwy. Zrzucam z siebie ciężki sztormiak, przepocone i wilgotne dresy. Lecę do maszyny. Obowiązki trwają kilka minut. Wracam do sterówki i pytam się się szypra za ile mam go zmienić. Przecież jest tak samo jak my bez snu od kilkudziesięciu godzin. Macha tylko ręką. Wiem, że da radę. Dociągnie bez problemu.
Schodzę do mesy. Kątem oka widzę, jak pozostali mocno śpią. Rzucam się na koję. Zapieram mocno kolanami i rękoma, aby na fali nie wypaść i natychmiast zasypiam. Choć nie wiem, czy można to nazwać snem. Zapadam się w studnię. Jest czwarta rano.

Leave a Reply