Piękna 3/12 #hubfoto

Jej obraz wraca do mnie jak bumerang. Widzę ją stojącą samotnie, okrytą strzępami i jakby czekającą na moją dłoń. Na dotyk palców, które delikatnie będą muskać spękaną słońcem skórę.

Na wzrok, który będzie pochłaniać kolory i wdzięki. Na marzenia, które poprowadzą nas kiedyś razem na północ z myślą, że to nie ja patrzę teraz z brzegu. Więc chyba tęsknię.
Tęskni moje serce, które wyrywa się już do niej. Tęsknią myśli, które co rusz zamieniają się w marzenia. Tęsknią ramiona napięte i gotowe do objęcia.
Złości się rozum. Wie, że w pięknie, które widzę, kryje się niepewność, odpowiedzialność, wysiłek i nieznane.
Więc złoszczę się i ja. Rozerwany między marzeniami a świadomością wysiłku, który trzeba włożyć. Czy potrafię? Czy każdy jej element będę pielęgnował z taką samą czułością?
To pytanie zadaję sobie dosłownie codziennie, choć znam odpowiedź. Przecież zakochałem się dawno, dawno temu. Najpierw w spojrzeniach niebezpośrednich. Odległych, nieosiągalnych, ale i bliskich. Na wyciągnięcie dłoni. Jeszcze nie w niej, ale w idei na początku. Nienazwanej. Tchnieniu chwili. Z ogromnym brakiem wiary.
Pamiętam, z jakim podziwem oglądałem jej dom za pierwszym razem. I każdym kolejnym. Tak samo jest dzisiaj. Bo choć minęło już kilkadziesiąt lat i widuję jej świat codziennie i nie raz w nim się zanurzałem, ciągle zachwyca.
Kiedy jednak poznałem ją osobiście tęsknota stała się wręcz namacalna. Dotykała serca, ściskała myśli. Krążyłem nieustająco wokół. Śmiało mogę powiedzieć, że zakochałem się od pierwszego spojrzenia.
Cierpliwie czekałem. Planowałem. Szukałem rozwiązań i pewnego dnia udało się. Stanęła naprzeciwko. Zmęczona podróżą, zakurzona. Ze śladami codzienności, może zaniedbania. Ale też z błyskiem, nadzieją na kolejną podróż.
Już się nie boję. Marzenie tysiąca nocy stoi tuż obok. Nie muszę śnić o dotyku. Jest na wyciągnięcie dłoni.
– Długo na Ciebie czekałem – powiedziałem głośno tego samego dnia, kiedy zawitała do mnie. – Jesteś i jeżeli masz ochotę, to już tu zostań.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, bo wiedziałem, że to tylko słowa, które nie mają dla niej znaczenia. Zrobi, co zechce. Ze mną lub bez.
Kolejnych parę tygodni chodziłem tylko dookoła. Bałem się spojrzeć w głąb. Poznać serce. Ale przecież umówiliśmy się na wspólną podróż, choć nikt nie podał nam terminu.
Znalazłem więc w końcu odwagę. Usiadłem, oparłem dłonie i przez chwilę nie robiłem nic. Chłonąłem zapach, uspokajałam serce, układałem w głowie strach przed obrazem. A potem spojrzałem w głąb.
Nie był to dobry widok. Szarości i wilgocie wielu lat przeplatały się z cieniem i mrokiem. Zniszczenia widoczne gołym okiem wręcz łamały serce. Wytrzymałem kilkanaście minut. Starałem się patrzeć wzrokiem bez emocji, szukając jedynie rozwiązań, pomysłów. Było ciężko.
Tej nocy w snach odchodziła ode mnie. Choć może sam pozwalałem jej odchodzić, bo bezsilność brała górę nad marzeniem. Kilkakrotnie wracał do mnie obraz cumy, która sama rozwiązuje się z polera i cicho wpada do wody. Tonie.
– Dobrze, że to tylko sen – powiedziałem sam do siebie rano. – A te przychodzą i odchodzą. Nie stoją w poprzek drogi.
Uznałem wtedy, że nie mogę się bać. Za dużo mam do stracenia. Nie mogę pozwolić sobie na słabość, bo odejdzie miłość, która kwitła od dawnych czasów.
Wróciłem do niej tego samego dnia. Teraz jednak przygotowany i pewien siebie. W dłoni dzielnie trzymałem notatnik i ołówek. Nie bałem się już spoglądać w jej oczy. Nie bałem się już widoku poszarganego wnętrza. Nie bałem się już szorstkiej skóry i bruzd na ciele.
Tego dnia zaczęliśmy rozmawiać. Z trudem pokazywała mi miejsca, które bolą. Odsłaniała się coraz bardziej, a ja starałem się, aby każdy mój gest był odbierany jako znak miłości i przyjaźni.
Ta rozmowa trwała o wiele dłużej. Poznawaliśmy się oboje i odsłanialiśmy swoje strachy. Trwało to kilkanaście dni. Notatnik puchł od opisów, planów, historii i zamierzeń. Pomysły na przyszłość mieszały się w nim z trudami historii.
Poznawanie jej życia było wyczerpujące. Potrzebowałem paru dni, aby to wszystko ułożyć sobie w głowie. Zaplanować. Moje serce rwało się do niej, ale rozum kazał zastopować. Znaleźć dystans. Wiedziałem już z resztą, że mamy do siebie tyle zaufania, że ten czas osobno nie zrobi nam krzywdy.
– Naprawmy to – powiedziałem czwartego dnia, kiedy uznałem, że czas na odwiedziny. – Nie mamy wielkiego wyboru. Możemy smucić się ze sobą, użalać i tęsknym wzrokiem oczekiwać, aż przyjdzie nasza podróż. Wiemy jednak, że wtedy nie przyjdzie. Możemy też spróbować pójść do przodu. Zrobić krok i zobaczyć, co się stanie. A potem zrobić następny i następny. Nawet jeżeli coś zepsujemy, to będą to tylko drobnostki. Oboje mamy jedno, wspólne marzenie, które czeka na nas za widnokręgiem.
– Dobrze – odparła. Choć było to raczej westchnienie. Zew powietrza niż słowo, które usłyszałem.
Zaskoczyła mnie ta zgoda, ale tylko na chwilę. Uznałem, że to najlepszy znak, na jaki mogłem liczyć.
Kolejne dni, tygodnie, miesiące i w końcu lata spędzaliśmy wspólnie na rozmowie, poznawaniu siebie, ulepszaniu i naprawianiu. Z początku musiałem wyrzucić z jej wnętrza wszystko, co gryzło ją i bolało. Nie było to łatwe, bo wiele z tych wspomnień i przeżyć kurczowo trzymały się rzeczywistości. Nie poddawałem się jednak, choć bywały tygodnie, kiedy wcale się nie widywaliśmy. Zawsze jednak wracałem z nową ideą, pomysłem.
Aż pewnego dnia wyrzuciłem z niej wszystko, co złe i niedobre. Tego dnia stała przede mną naga, ale wiedziałem, że nie ma w niej ani krzty wstydu. Nie wstydziłem się tej nagości, bo wiedziałem, że wspólnie spędzony czas pozwolił nam się dobrze poznać.
Od tego momentu zaczęliśmy wspólnie budować się na nowo. Każdego dnia krok po kroku dokładałem do jej wnętrza odrobinę duszy. Nowej, czystej. Budowanie rosło również we mnie. Poznawałem siebie, znajdowałem odpowiedzi na pytania. Z każdym dniem wiedziałem bardziej, czego chcę. A co najważniejsze, każdy z tych wspólnych dni łączył nas i przybliżał do wspaniałej przygody.
Oczywiście nie wszystko było tu różowe. Bywałych chwile, kiedy zaplanowany pomysł walił się z hukiem. Kiedy idee lądowały w koszu, a pomysły za burtą. Bywały dni i tygodnie, kiedy nie byłem w stanie nic w sobie znaleźć, albo po prostu rzeczywistość nie pozwalała na wspólne chwile. Nie przychodziłem wcale, lub tylko chwilę popatrzyłem, dotknąłem, aby upewnić się, że jest i szedłem dalej. Miałem w sobie jednak przekonanie, że ten czas oddzielnie tak naprawdę nie jest w stanie nas rozdzielić. Że to tylko chwilowa słabość.
Wspólna walka z wnętrzem i jego słabościami zajęła nam ponad trzy lata. Wiele w tym czasie się działo. Ostatecznie jednak oboje zbudowaliśmy to, o czym marzyliśmy.
Wspólne, ciche miejsce pełne intymności i nas dwojga. Kiedy skończyłem, zobaczyłem, jak promienieje. Jak błyszczy od środka.
To oczywiście nie był koniec, bo czekała mnie jeszcze długa droga, aby wspólnie wyruszyć w planowaną podróż. Byliśmy jednak razem.
Każdego dnia podziwiałem jej piękno. Miała w sobie błysk, który nieustająco mnie zachwycał. Dzieje się z resztą tak do dzisiaj. Rosła w siłę, która pewnego dnia będzie dla nas obojga tak ważna.
Po tegorocznej zimie poczułem, że to będzie nasz wspólny, dobry rok. Może nie potrafiłem tego jakoś jasno nazwać, ale każde nasze działanie zbliżało do celu. Ostatnie miesiące były pełne wspólnej pracy. Każdego dnia spotykaliśmy się na wiele godzin. Teraz już jak stare dobre małżeństwo. Znaliśmy swoje strachy i obawy, potrzeby i pragnienia. Wiedzieliśmy, czego można wspólnie od siebie oczekiwać. Działo się tak, aż pewnego dnia powiedziała do mnie silnym i pełnym odwagi głosem.
– Jestem gotowa.
Te słowa były dla mnie wszystkim, na co czekałem przez ostatnie lata. Przestały przeszkadzać mi burze i niepowodzenia. Zapomniałem o bólu. Czekałem tylko na te dwa słowa. To był jasny znak końca wspólnego budowania i początku wspólnego wędrowania.
– Żeglujmy – odparłem i chwilę później razem ze swoją ukochaną żaglówką minąłem główki portu Ustka.