“Wiatr” 1/12 #hubfoto

Start planuję na piątą rano. To dobry czas na początek rejsu. Jest już w pełni jasno i noc nie będzie przeszkadzać w nawigowaniu. Poza tym marina będzie o tej porze pusta i nikomu nie przyjdzie na myśl się żegnać.

Na pokładzie pojawiam się jednak dzień wcześniej. Warto przyzwyczaić się do jachtu. Jego skrzypienia, bujania, rozmawiania nocnego z portem. Przedmioty i ubrania które przywożę, trafiają na swoje stałe miejsca. Pełną już jedzenia lodówkę uzupełniam o jeszcze jedną butelkę rumu. Oczywiście na „czarną godzinę”.
Przez marinę przewijają się znajome twarze, ale już z nikim nie rozmawiam. Ostatnie godziny przed snem spędzam z książką i muzyką.
Jest dokładnie tak jak lubię – cicho, przytulnie z niewielką ilością światła.
Stajemy się jednym. Zaczynam się już bujać w rytmie. Każdy dźwięk jachtu mówi do mnie coraz bardziej zrozumiałym językiem. Jeszcze nie rozmawiam, ale wytrwale uczę się języka po to, aby od rana traktować się jak dwaj dawno nie widziani przyjaciele.
Z radością przed snem chowam jeansy do szafy. Wbijam się w ciepłe dresy. To będzie mój wizytowy strój na kolejne dni.
Kładę się po 22, ale długo jeszcze nie mogę zasnąć. Czuję jak mój jacht ożywa. Jakby czuł zbliżającą się przygodę. Rozgadał się. W końcu jednak staje się senny. Ciepły koc staje się jeszcze bardziej ciepły i przytulny. Nie wiedzieć czemu mówię głośno „dobranoc”. Udziela mi się magia nocy w marinie. Zasypiam.
Budzę się przed budzikiem, nastawionym na 4 rano. Jeszcze zaspany wychodzę na pokład. Szklanka chłodnej wody i widok wstającego słońca budzą głowę i serce. Z radością szykuję sobie śniadanie. Jajecznica ze szczypiorkiem i pomidorami da mi siłę na kilka dobrych godzin. W chwytaku staje ulubiony bidon z wodą, cytryną i imbirem. Uśmiecham się do siebie, bo nawyki działają. Są proste, a tak wiele ułatwiają.
Jacht jest już gotowy do drogi od paru dni. Skrzętnie klarowałem cumy i liny. Układałem przedmioty na swoim miejscu, aby nie przeszkadzały. Odpalony chwilę wcześniej silnik zaczyna cicho mruczeć. Też się cieszy na podróż choć akurat w jego przypadku chciałbym, aby mruczał jak najmniej.
Pogody na kolejne dni znam już chyba na pamięć. Przezornie sprawdzam je jednak jeszcze raz. Trasa na ploterze narysowana. Port docelowy to Simrishamn w Szwecji. Czekają mnie więc samotne dwa dni na morzu.
Jest piąta rano. Po cichu rzucam cumy. Spokojnie wycofuję jacht z pomostów. Daję mała na przód i manewrując między jachtami wołam bosmana dyżurnego. Glos znajomego kolegi dodaje mi otuchy, a poza formalnościami słyszę kilka dobrych słów. Jeżeli nic się nie stanie, to przez dwa dni będę rozmawiał tylko ze sobą i jachtem.
Czuję w sobie rosnące podniecenie. Mijam śpiący jeszcze most obrotowy. Syrenka też drzemie, choć kiedy się do niej obracam wygląda, jakby na chwilę się uśmiechnęła.
Słońce jest nisko i betonowe falochrony zasłaniają mi na chwilę jego ciepło. Parę minut później mijam główki portu. Wszystko co mogło, zostaje za plecami. Przede mną tyko niebieskie morze, niebieskie niebo i ciepło porannego słońca na karku. Poranny wiatr jest dosłownie idealny. Wieje baksztagiem więc wszystkie żagle idą w górę. Poświęcam jeszcze parę minut na ich ustawienie i z radością wyłączam silnik. Jego ciche mruczenie zamieniam na plusk fal rozbijających się o burty.
Cicho. Jest tak bardzo cicho. W zachwycie siedzę z dłonią na sterze jeszcze ponad godzinę. Stram się nie oglądać za siebie. Nie udaje się. Za każdym razem widzę tylko coraz bardziej oddalony brzeg.
Zachwyt zamienia się jednak w rutynę. Wiatr nieustannie gna jacht do przodu. Wszystko jest jednostajne i monotonne. Oddaję rumpel w ręce samosteru i zabieram się za wczesny obiad. Schodząc pod pokład rozglądam się dookoła jachtu, czy w okolicy nie ma żadnej innej jednostki. Głupio byłoby w taką pogodę w kogoś uderzyć. Ustawiam timer w telefonie na 20 minut. Dokładnie za taki czas wrócę na pokład aby rzucić okiem na kurs i ponownie sprawdzić widnokrąg. To jednak za chwilę. Teraz zachwycam się zapachem smażonego kurczaka. Dopiero jak poczułem ten zapach uświadomiłem sobie, że po porannej jajecznicy nie ma już śladu, a pusty żołądek głośno woła jeść.
Pochylony nad kuchnią zobaczyłem w zejściówce jakiś cień. Coś zagwizdało. Jacht jednak dalej płynął, a niebo było niebieskie. Zaniepokojony uznałem jednak, że lepiej wyjść na pokład i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Nagle jacht mocno się położył. Instynktownie zaparłem się nogami i rękoma. Przechył nie miał jednak końca. Czułem jak coraz mocniej kładziemy się na burtę. Teraz już stałem na prawej burcie zapierając się o każdy możliwy element. Nie czułem jednak falowania.
Nie to jednak było najdziwniejsze. Mimo, że wydawało mi się, że kadłub za chwilę obróci się o 180 stopni patelnia nadal leżała na kuchence, a w zejściówce widziałem niebieskie niebo.
– To jest niemożliwe – krzyknąłem z całych sił – Co się dzieje.
Chwilę później zawyłem z bólu bo głową uderzyłem w pobliską koję. Kręciłem się. Ale tylko ja. Cały jacht jakby nigdy nic stał nadal w swojej pierwotnej pozycji.
Ja natomiast zatoczyłem już prawie pełne koło. Z rozchylonymi ramionami i nogami wyglądałem jak chomik w karuzeli. Co gorsze nadal się kręciłem.
Bolała głowa, bolały poobijane ramiona i uda. Próbowałem się czegoś złapać, ale wszystkie relingi, uchwyty były jakby z powietrza. Przelatywały mi przez palce.
– Co się dzieje, ratunku, co się stało – krzyczałem.
W głowie coraz bardziej mi się kręciło. Czułem, że powoli odpływam. Tracę świadomość. Jedną z ostatnich rzeczy, które jeszcze zobaczyłem był błękity skrawek nieba w zejściówce. Próbowałem dociec jak to możliwe, że ja się kręcę a jacht nie. Straciłem jednak przytomność.
Tak mi się przynajmniej wydaje, bo pamiętam chwilę, kiedy straciłem ostrość widzenia a wszystko dookoła wirowało. I nagle….
– Nic się nie dzieje, spokojnie – usłyszałem za plecami głos. Nie mogłem go jednak zlokalizować. Nadal się kręciłem, ale jakby spokojniej. Bezpieczniej.
– Nie bój się, nie denerwuj, za chwilę wszystko się uspokoi. Bądź cierpliwy – usłyszałem.
– Jak mogę być cierpliwy skoro mój jacht tonie a ja razem z nim. Co się dzieje – wykrzyczałem ponownie.
Teraz jednak poczułem, że moje ciało już się nie kręci tak mocno. Powoli przestawałem się obracać. Nadal bolała mnie mocno głowa.
Ból głowy zamieniał się jednak coraz bardziej w zdziwienie. W całej tej niezrozumiałej sytuacji głos, który przez chwilę wydawał mi się moim wewnętrznym słowem, nagle nabrał kształtu młodego mężczyzny, który siedział w kącie koi.
– Co tu robisz, kim jesteś, gdzie ja jestem i co się stało – krzyknąłem mocno w tym samym momencie, kiedy moje ciało z impetem spadło na podłogę między kołami.
Nie czułem jednak bólu, bo irracjonalność sytuacji wzięła górę nad fizycznymi odczuciami. Leżałem przez chwilę na podłodze. Czułem, że jacht ciągle płynie. Woda cicho bulgotała na zewnątrz. Nadal czułem zapach kurczaka, który już dawno powinien przecież wystrzelić razem z patelnią a w najgorszym wypadku się po prostu przypalić.
Potrzebowałem jeszcze chwili, aby podnieść się z podłogi i oprzeć plecami o schody zejściówki.
Nie mogłem oderwać oczu od gościa, który spokojnie siedział w rogu kajuty. Dopiero teraz miałem okazję dokładniej mu się przyjrzeć.
Nadal wydawał mi się bardzo młody, ale oczy zdradzały już doświadczenie i średni wiek. Skóra opalona i ciemna była mocno pocięta bruzdami. Ciało miał jednak sprężyste i smukłe.
Pomyślałem, że dużo czasu musi spędzać na morzu, bo twarz ma wysmaganą wiatrem.
– Jesteś blisko, ale to ja jestem wiatrem – mój gość skinął głową i szczerze się do mnie uśmiechnął.
Pierwsza myśl była prosta. Zwariowałem. Uderzyłem się w głowę i mam jakieś senne majaki. Za chwilę się obudzę i wszystko będzie w porządku.
Ale jakoś nie mogłem się wybudzić z tego snu. Nadal czułem swój jacht. Ciągle spokojnie żeglował. Nadal siedziałem na podłodze, a przede mną na koi siedział On.
– Jak to wiatr – zapytałem zaniepokojony – Wiatr nie jest przecież osobą, jednostką. Jest elementem natury, różnicą ciśnień. Niezbędnym elementem naszego życia na lądzie. Przyjacielem albo wrogiem na morzu, ale na pewno nie jest człowiekiem.
– Okłamujesz mnie – wykrzyczałem.
– Uspokój się. Wiem, że jest to dla Ciebie całkowicie niezrozumiałe. Ale postaraj się mnie przyjąć w formie, w jakiej mnie widzisz. Wtedy wszystko Ci wyjaśnię.
Siedzieliśmy dobre kilka minut i oboje się obserwowaliśmy. Z czego ja byłem kłębkiem nerwów, a mój nietypowy wiatr wyglądał jakby właśnie skończył sesję jogi. Żadnego niepokoju.
– A co z jachtem – zapytałem po chwili – Nie wiem, co się dzieje na pokładzie. Wrócę w ogóle do swojego świata, czy to po prostu element mojego końca – zapytałem, choć w głosie już nie było takiego niepokoju. Czułem, że moje pytanie jest absurdalne, ale z drugiej strony właśnie takie myśli krążyły po głowie.
– Proszę odpowiedz w końcu, bo ta cisza jest gorsza niż najbardziej czarny scenariusz – dodałem.
Mój gość tylko się uśmiechał. Choć może bardziej śmiały się jego oczy. Błyszczały jak u dziecka, które przed chwilą coś zbroiło i nikt tego jeszcze nie odkrył. Później, przez sekundę wydawało mi się, że przez jego twarz przeleciało zastanowienie, ale może była to tylko iluzja.
Znowu siedzieliśmy i patrzeliśmy się na siebie. Nawet przeszła mi przez głowę myśl, że mój gość specjalnie milczy i czeka, aż się uspokoję i złapię dystans do sytuacji.
– Jest dokładnie tak, jak myślisz – gość przerwał naszą wspólną ciszę – Wiem, że jesteś wystraszony i cała ta sytuacja jest dla Ciebie niepojęta. Dlatego cierpliwie czekam, aż się uspokoisz.
– Zaraz, czy to znaczy, że czytasz wszystkie moje myśli – zapytałem zdziwiony – przecież to niemożliwe.
Znowu dopadła nas cisza. Teraz jednak bałem się myśleć, bo wiedziałem, że wszystko, co mam w głowie, jest dla drugiej strony otwartą książką.
Przybysz uśmiechnął się mocniej, co tylko umocniło mnie w przekonaniu, że zna każdy mój ruch.
– Dobrze. Wyjaśnię Ci wszystko. Nie chcę już trzymać Cię dłużej w niepewności i strachu – wiatr rozgościł się wygodniej na koi, co oznaczało, że jego wypowiedź będzie dłuższa.
– Zacznę od najważniejszego. Nic Ci się nie stało i nie jest to, żadna forma Twojego końca. Zabrałem Ci po prostu trochę czasu. Jacht nadal żegluje w spokojnym wietrze, a na wiele mil do przodu nie ma żadnej innej jednostki. – wyjaśnił.
– Powiedziałem Ci już na początku, że jestem żywiołem. Jestem wiatrem w każdej znanej Ci postaci. Oczywiście nie jestem żywą istotą podobnie jak moi bracia i siostry, ale mamy możliwość dopasowywania się do waszych potrzeb. Żeby było jasne nie robimy tego nagminnie. W sumie chciałbym powiedzieć, że nie interesują mnie wasze sprawy, ale tu bym niestety skłamał. Obserwuję Cię od rana, kiedy skoro świt ruszyłeś w rejs. Spodobało mi się, z jakim błogosławieństwem przywitałeś Słońce i Morze. Z jaką radością pozwoliłeś mi wiać w Twoich żaglach i z jaką tęsknotą, choć ukrywasz to sam przed sobą, obracałeś się w kierunku Ziemi.
Wiatr na chwilę przerwał rozmowę i widać było, że myślami jest gdzieś daleko.
– Szukałem właśnie w pamięci momentu, kiedy ludzie w naturalny i niewymuszony sposób dziękowali nam lub byli przychylni. – Przepraszam, ale nie pamiętam – dodał, a na jego czole pojawiło się kilka zmarszczek wyrażających zmartwienie.
– Właśnie dlatego zabrałem Ci czas i się pokazałem. Chcę jednocześnie podziękować i poprosić o pomoc. Zapomnieliście, po co jesteśmy. Może nie ja Wiatr, bo równo daję i zabieram. Ale zapomnieliście, po co jest moja siostra Ziemia. Przestaliście szanować mojego brata Wodę, a ogień stał się dla was symbolem walki a nie ciepła i domu. To przykre i smutne. Oczywiście wiem, że niewiele możesz sam działać, ale jeżeli o tym napiszesz, to ktoś się przez chwilę zastanowi nad swoją codziennością.
Wiatr zamilkł jakby słowa, które ma wypowiedzieć, sprawiały mu wiele bólu i cierpienia.
– Nie mamy już sił. Ciągniemy resztkami naszych możliwości. Nigdy, w dziejach tego świata nawet ja nie czułem się tak zmęczony i bezradny. Nie potrafimy siebie poradzić z Waszą bezmyślnością a sygnały, które dajemy są po prostu ignorowane. Mógłbym powiedzieć, że za rogiem jest już koniec, ale bardzo tego nie chcę. Nie chcemy. Wy również, ale jesteście tak ślepi – dodał.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Żadne mądre myśli nie przychodziły mi do głowy. Jedyne, co coraz bardziej do mnie docierało, to wyobrażenie jak uczłowieczone żywioły cierpią przez naszą głupotę. Widziałem, jak mój gość Wiatr męczy się i walczy przez moją nieodpowiedzialność. Chciałem płakać i krzyczeć jednocześnie. Przytulić go i przeprosić. Obiecać poprawę. Świadomość podpowiadała mi jednak, że to puste i czcze.
– Nie myśl w ten sposób. Nic to nie zmieni. Choć dziękuję za dobre myśli – dodał.
– Jeżeli jednak chcesz, to napisz. W opowieściach nikt w takie spotkanie nie uwierzy. Słowo przyjmie wszystko.
Wiatr uśmiechnął się szeroko i wstał z koi.
– A teraz żegluj i pamiętaj, żeby poznajomić się z drogą trzeba długo iść. Żegnaj.
Obudził mnie dźwięk alarmu w telefonie. Zdziwiony podniosłem głowę znad koi. Smażone mięso intensywnie pachniało, a znad zejściówki spoglądało niebieskie niebo.
Tego dnia nie zjadłem obiadu. Jacht żeglował sam, a ja tylko co 20 minut wychodziłem na pokład. Pisałem

Leave a Reply